Czasem słońce, czasem cień

  • Joanna 
o problemach z nasłonecznieniem ogrodu

Jak Wam mija lato mróweczki? Po upalnym czerwcu, kiedy to wszyscy szukaliśmy odrobiny ulgi od skwaru, lipiec nas raczej nie rozpieszcza, prawda? Swoją drogą – co za ironia losu! Akurat kiedy połowa z nas ma zaplanowane urlopy i trochę skwaru na plaży byłoby mile widziane…. No ale my przynajmniej mamy wybór: czy chcemy wypić mohito na nasłonecznionym tarasie czy raczej w ocienionym barze. Rośliny takiego luksusu nie mają – gdzie je posadzimy, tam muszą rosnąć, nawet jeśli miejscówka im nie pasuje. Mogą jedynie dawać nam sygnały, że wybrane przez nas miejsce im nie odpowiada. Mdlejące lub przypalone liście mówią „za dużo słońca!”. Brak kwiatów lub ogólna niechęć do życia mogą z kolei sugerować nadmiar cienia. Niestety: mogą, ale nie muszą, bo te same objawy mogą pojawić się z różnych przyczyn. I jeżeli zauważycie u swoich roślin objawy niezadowolenia, to mogę jedynie poradzić, abyście wypróbowali różne rodzaje terapii na poprawienie im nastroju, a następnie pilnie obserwowali, które z nich przynoszą oczekiwane skutki. Jeśli źródłem problemu jest niewłaściwa ilość światła, to najszybszą metodą będzie po prostu przesadzenie rośliny w bardziej odpowiednie warunki. Przy czym akurat ta terapia ma swoje skutki uboczne (zahamowanie rośliny w rozwoju, spowodowane koniecznością odbudowania uciętej bryły korzeniowej), więc chyba lepiej najpierw zrobić rozpoznanie, jakie warunki mamy do dyspozycji, a potem zastanawiać się, jakim roślinom mogłyby one odpowiadać.

W teorii sprawa jest prosta: dana roślina może potrzebować albo pełnego nasłonecznienia (najczęściej definiowanego jako minimum 10 godzin bezpośredniego słońca w ciągu dnia), albo półcienia (ok. 6 godzin), albo cienia (poniżej 3 godzin słońca).  To są podstawowe informacje, które można znaleźć w każdym opisie rośliny, i które stanowią dobry punkt wyjścia przy wyborze roślin do ogrodu.

W praktyce okazuje się, że cień cieniowi nierówny. Sześć godzin słońca w samo południe to zupełnie co innego niż sześć godzin słońca porannego czy wieczornego. Rododendron, który znakomicie wytrzyma to drugie, od pierwszego może zostać dotkliwie poparzony.

Druga istotna sprawa – jakiego rodzaju jest ten cień. Drzewa liściaste (w większości) dają cień świetlisty, niezbyt gęsty, w którym wiele bylin znakomicie się czuje i kwitnie (wspominałam już o tym, pisząc o swojej rabacie leśnej). Natomiast drzewa iglaste i budynki rzucają cień bardzo głęboki, a w dodatku przez cały rok. Jeśli dodamy do tego fakt, że zarówno pod iglakami, jak i przy ścianach budynków zazwyczaj panuje susza, to mamy warunki które naprawdę niewiele roślin wytrzyma.

W tym miejscu należy jeszcze zauważyć, że jakość gleby, a w szczególności jej wilgotność, znacząco wpływa na zdolność  roślin do znoszenia bezpośredniego nasłonecznienia. Ogólna reguła jest taka, że rośliny nieprzepadające za palącym słońcem będą je dużo lepiej znosiły, jeśli zapewnimy im odpowiednio dużo wody. Przykładowo: jeśli ktoś chce posadzić na słonecznym miejscu funkie o białoobrzeżonych liściach, to niech lepiej upewni się, że będą tam miały dostatecznie dużo wilgoci, w przeciwnym razie powinien się liczyć z brzydkimi oparzelinami na liściach. Jeżeli natomiast posadzi je w preferowanym przez te odmiany cienistym miejscu, to może dużo mniej uwagi poświęcać podlewaniu.

Jak widać, ocena warunków panujących w danym miejscu, jest dość skomplikowana (a omawiam dzisiaj tylko jedno kryterium: nasłonecznienie, pozostałe zostawiając sobie na inną okazję) i trzeba wziąć pod uwagę dużo różnych czynników, żeby prawidłowo dobrać rośliny do stanowiska. Często się zdarzają sytuacje, kiedy to roślina, która znakomicie się czuje w jednym ogrodzie, w innym, w teoretycznie bardzo podobnych warunkach, będzie sobie bardzo słabo radziła. Żeby zwiększyć swoje szanse na sukces, nie ma innej rady, jak tylko skrupulatne obserwowanie roślin i tego, jak się zachowują w różnych warunkach.

Skoro już rozmawiamy o nasłonecznieniu, to chciałabym skorzystać i okazji i wyprostować jeden, bardzo popularny błąd, który często się pojawia w tym kontekście. Mianowicie chodzi o określenie „wystawa” (południowa/północna/wschodnia/zachodnia), które nieprawidłowo jest rozumiane jako „kierunek”. To, że dana część ogrodu znajduje się na południe od domu, to jeszcze nie znaczy, że ma wystawę południową. Posłużę się przykładem ze swojego podwórka. Budynek zajmuje północną część działki, a ogród – południową. Jednak południową wystawę mają tylko te rabaty, które wystawiają się frontem w kierunku południowym – czyli te przy samym domu. Rabaty naprzeciwko domu, pod ogrodzeniem, mają wystawę północną, bo właśnie w tym kierunku są odwrócone. Może taki rysunek pozwoli lepiej to zilustrować:

wystawa a kierunek: różnica

Ciągle niejasne? W takim razie przeprowadzimy case study na przykładzie mojego ogrodu:

podmiejski ogródek widziany z góry - z niezbyt subtelnie zaznaczoną północą oraz oznaczeniem rabat

Dla jasności oznaczyłam poszczególne rabaty literami.

Rabaty A i B mają wystawę północną (bo „wystawiają się” w kierunku północnym), a rabaty C i D – wystawę południową. Jednak każda z nich ma inne nasłonecznienie. Rabata B, mimo że wydaje się być bardzo słoneczna, w rzeczywistości kwalifikuje się jako półcień, i to z perspektywą pogłębiania się tego cienia, w miarę jak żywopłot cisowy będzie dorastał do zaplanowanych rozmiarów. Rabata słońce dostaje tylko w godzinach południowych, bo od wschodu zacienia ją ta duża tuja przy furtce, a od zachodu – świerk i lipy (niby rosną daleko, ale kiedy słońce jest nisko nad horyzontem, cienie daleko sięgają). Na razie na rabacie dominują byliny światłolubne (rozchodniki, kocimiętki, szałwie) ale powoli będę je wymieniać na wysokie trawy tolerujące półcień, bo zauważyłam, że pierzaste kwiatostany traw podświetlone od tyłu wyglądają absolutnie cudownie.

rabata B w lipcowe popołudnie; kwiaty śmiałków nie robią jeszcze wrażenia, ale za rok mam nadzieję, że będą bardziej widoczne;

Z kolei rabata A z kilku względów należy do najtrudniejszych miejsc do obsadzenia w całym ogrodzie. Nie dość, że wyjątkowo wąska, że korzenie tuj ją całą przerastają, to jeszcze w całkowitym cieniu. Słońce dociera tutaj tylko latem i to zaledwie przez godzinę (między 17 a 18 po południu). Nie sądziłam, że cokolwiek będzie chciało tutaj kwitnąć, dlatego do tej pory sadziłam tutaj same „żelazne” rośliny, niepotrzebujące słońca: ostrokrzew meserwy, mahonię, bodziszka korzeniastego, funkie, żurawki. Okazało się jednak, że biała ściana domu najwyraźniej odbija wystarczająco dużo światła, żeby niektórym roślinom to wystarczyło: parzydło leśne znakomicie się tutaj czuje i obficie kwitnie, hortensja limelight, ukorzeniona w zeszłym roku z patyczka, już zrobiła mi niespodziankę i rozkwitła wcześniej niż roślina mateczna, która ma nieporównanie więcej słońca; zobaczymy jak poradzą sobie tutaj jarzmianki, które posadziłam miesiąc temu.

rabaty A, C i D w porannym, lipcowym słońcu

Rabata D to najbardziej słoneczne miejsce w moim ogrodzie ale też w najlepszym wypadku kwalifikuje się jako „lekki cień”. Na załączonych zdjęciach widać, że za chwilę zacieni ją duża tuja, potem będzie miała kilka godzin słońca i od 15-16 znowu będzie w cieniu. Upycham na niej większość światłolubnych kwiatków w moim ogrodzie.

rabata D o 10 rano

Rabata C jest… dziwna. Niby południowa wystawa, ale niezbyt słoneczna, bo tuje z naprzeciwka ją zacieniają. Chyba jednak niezbyt skutecznie to robią, bo berberysy „tiny gold” lubią się przypalać od słońca, jeśli ich nie podlewam regularnie.

rabata C - trudno nawet określić, czy to już cień, czy jeszcze słońce

O rabacie E już pisałam: świetlisty cień pod lipami. Dostaje tylko przebłyski światła pomiędzy liśćmi. Teoretycznie ma wystawę wschodnią, w praktyce więcej światła dostaje od zachodu, kiedy wieczorne słońce przebija się pomiędzy kopułą liści a żywopłotem. No ale żywopłot też urośnie (i oby jak najszybciej)…

rabata E - tylko muskana słońcem

Na koniec nie tyle rabata, co przejście od podjazdu na ogród – też ciekawy przypadek. W sezonie wegetacyjnym świerk i lipa wspólnymi siłami rzucają tak gęsty cień, że nawet promyk słońca się nie przebije. To najciemniejsze miejsce w ogrodzie i nawet nie próbuję sadzić tutaj nic kwitnącego: same paprocie, żurawki, barwinki. Jednak wczesną wiosną, zanim rozwiną się liście na lipie, jest tutaj bardzo słonecznie, więc postanowiłam zaryzykować i wymieniłam bez czarny variegata (widoczny jeszcze na zdjęciu) na kalinę bodnanteńską charles lamont, która kwitnie na przełomie zimy i wiosny. Trzymajcie kciuki, żeby eksperyment się powiódł!

mroczne przejście pomiędzy podjazdem a ogrodem

Jeden mały ogródek – a tyle wariantów oświetlenia. Czyż to nie jest fascynujące?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *