Jeszcze trochę o przygotowaniu ziemi pod ogród

jak przygotować ziemię

Ostatnio pisałam o tym, jak prawidłowo przygotować ziemię do sadzenia. Z postu wynikało, że widły amerykańskie powinny Wam od dzisiaj przyrosnąć do ręki, soboty – zamiast na grillu – powinniście spędzać na wykopkach, a majątek – zamiast na kwiatki i krzaczki – powinnyście przepuszczać na obornik i korę. A może jednak… niekoniecznie? Może jednak da się inaczej? Z większym szacunkiem dla manikiuru i portfela? Jestem tutaj zmuszona przyznać, że owszem, jest taki sposób. Można założyć ogród szybko i sprawnie, nie rozsiewając upojnej woni obornika po całej okolicy. Prawdę powiedziawszy w ten sposób działa znakomita większość ogrodników, jak również duża część firm ogrodniczych (chociaż przyznaję: często na życzenie klientów). Jakbyście pokazali im tego posta z opisem wzbogacania ziemi, to najpierw znacząco popukaliby się po głowie, a potem zadali szereg pytań. Zapewne brzmiałyby one następująco (jeśli ktoś przegapił tamtego posta, to proponuję w tym miejscu zrobić sobie przerwę, przeczytać tamten i dopiero wrócić tutaj):

Po co czekać miesiącami aż chwasty spróchnieją pod kartonami, skoro Roundup załatwi sprawę w kilka dni?

Tutaj nie mam litości: na temat szkodliwości zawartego w roundupie glifosatu pojawiło się w prasie i internecie tyle informacji, że tylko wyjątkowo zakuty łeb może nadal proponować jego wykorzystanie. Jeśli komuś zależy na czasie, może wykorzystać po prostu silniejsze maszyny (patrz punkt niżej) do usunięcia świeżej darni.

Chciałam jednak zauważyć, że są przypadki, kiedy to przesunięcie w czasie jest wręcz pożądane: jeżeli ktoś ma bardzo dużą powierzchnię do zrobienia a możliwości finansowe ograniczone, to najrozsądniej jest podzielić ogród na sektory i robić je etapami: w jednym roku robicie na CITO jedną rabatę, a druga grzecznie czeka pod kartonami na swoją kolej. W drugim roku robicie drugą, a trzecia się przerabia itd. Jak rozgrzebiecie całość, tu coś posadzicie, tam coś posadzicie, wyglądu to nie będzie miało żadnego, wszystko zacznie zarastać chwastami – bardzo szybko się zniechęcicie.

Po co tracić siły i czas na przekopywanie terenu widłami, skoro darń można usunąć dużo prościej?

Prościej, czyli z wykorzystaniem brony rotacyjnej czy glebogryzarki. Za ich pomocą można szybko i sprawnie oczyścić ziemię. W tym zakresie jestem gotowa iść na kompromis – zdrowie trzeba jednak szanować. Widły radzę w jednym przypadku: kiedy macie teren przerośnięty takimi chwastami jak perz czy podagrycznik. Te rośliny są w stanie odrosnąć z kawałka korzenia pozostawionego głęboko w ziemi. Dlatego lepiej się przemęczyć z widłami, które wyciągną te korzenie na wierzch, niż ułatwiać sobie życie glebogryzarką, która prędzej potnie te korzenie na kawałki niż je wyciągnie. Jeżeli nie macie problemu z tymi chwastami – używajcie maszyn, bo kręgosłup dwa razy nie rośnie.

Inna sprawa, że niewiele prac ogrodowych lubię bardziej niż przerabianie widłami ziemi z mieszanką obornika, kompostu i kory. Obserwowanie, jak jałowy piasek zamienia się w bogatą, świeżą i próchniczną glebę jest głęboko satysfakcjonujące:).

Po co sypać kompost i obornik po całej powierzchni, skoro można po prostu wzbogacić same dołki pod rośliny?

To jest punkt, który powoduje najgorętsze dyskusje. Większość ludzi po prostu nie widzi potrzeby poprawiania jakości gleby na całej powierzchni. Przecież wystarczy wykopać dołek trochę większy niż doniczka, nasypać tam ziemi z worka (odpowiednio dobranej do rodzaju rośliny), wsadzić, uklepać, podlać i iść na piwo, no nie? Ano nie. Jest kilka powodów, dla których „dołek” nie wystarczy. Pierwszy i najważniejszy jest taki, że

rośliny rosną

Rzecz niby oczywista, ale jakoś mnóstwo osób ignoruje ten fakt i wynikające z niego konsekwencje. Obrazki podobno mocniej działają na wyobraźnię niż tekst, więc zrobiłam Wam porównanie przekrojów ziemi 
bezpośrednio po posadzeniu:
te nieporadne rysunki zaczynają budzić moje rozczulenie...

… i kilka lat później:

porównanie sposobów sadzenia - po kilku latach
warstwa dobrej ziemi po kilku latach jest grubsza, bo cenne składnki są wymywane wgłąb ziemi, a od góry kompost i obornik jest corocznie uzupełniany

Widzicie już, o co chodzi? Rośliny rosną nie tylko nad ziemią, ale pod ziemią też. Po kilku latach ich korzenie przerosną nawet największy, najlepiej przygotowany dołek. I na co natrafią? Ku przestrodze opowiem Wam pewną historię:

Pewne małżeństwo kupiło pole i postawiło na nim dom. Chcieli mieć również ładny ogród, a ponieważ zupełnie się na ogrodnictwie nie znali, wynajęli do tego zadania firmę. Firma bardzo sprawnie wykonała co do niej należało i przez trzy lata wszystko było super. A potem zaczęły się kłopoty: a to magnolia dostała brązowych plam, a to cisy zaczęły brązowieć, a to na brzozie jakieś szkodniki się zalęgły – było tego coraz więcej i więcej. Właściciele próbowali różnych oprysków ale z marnym skutkiem. Zaczęli szukać pomocy w różnych miejscach i tym sposobem trafili na Toszkę, o której Wam już pisałam. A Toszka to bardzo dociekliwa osóbka: jak zaczęła drążyć temat, to się w końcu dokopała przyczyny problemów. Okazało się, że co prawda w momencie kupna działki była tam łąka, ale parę lat wcześniej znajdowała się tam hurtownia żwiru: składowano tam wielkie hałdy kamienia, jeździły koparki i ciężarówki. Cała ziemia została bardzo mocno zbita, zniszczono jej strukturę i zamarło w niej życie biologiczne. Gdyby przed posadzeniem roślin glebę wzruszono, doprowadzono do niej powietrze, wzbogacono w materię organiczną, to ziemia powoli wróciłaby do życia. Ale firma gleby nie ruszała, tylko posadziła rośliny w dołki. A po trzech latach one z tych dołków wyrosły i zmiana warunków glebowych natychmiast odbiła się na kondycji roślin.

Rzecz jasna, nie sugeruję tutaj, że taka dramatyczna sytuacja wystąpi zawsze i wszędzie – absolutnie nie. Tamci ludzie mieli naprawdę pecha. Chodzi mi tylko o to że czasem (czasem!) rośliny zaczynają chorować nie dlatego że „wiatr jakieś paskudztwo przywiał”, czy „szkółka chore sprzedaje” czy „nie mam ręki do roślin” a dlatego, że nie zapewniliśmy im takiej ziemi, w jakiej one chciałyby rosnąć. I pryskanie w takiej sytuacji środkami chemicznymi jest wtedy tylko „leczeniem objawowym”. To tak jakby chory na zapalenie płuc chciał się wyleczyć syropkiem na kaszel.

Drugi powód, dla którego warto porządnie przygotować glebę przed sadzeniem roślin jest taki, że

drugiej takiej okazji już nie będzie

Serio. Myślicie, że przekopanie całej powierzchni pustego ogrodu z „dobrociami” to jest straszliwie męcząca praca? No to wyobraźcie sobie, że macie tą pracę wykonać w obsadzonym już ogrodzie. Choćbyście nie wiem jak się starali, to nie będziecie w stanie zrobić tego tak porządnie jak przed posadzeniem roślin. U doświadczonych ogrodników, którzy się już przekonali, jak ważna jest dobra gleba w ogrodzie, to jest najczęstsza przyczyna żalu: że nie wzbogacili ziemi wtedy, kiedy jeszcze mogli. Pisała o tym Tamaryszek, napiszę i ja:

Zakładając ogród cztery lata temu teoretycznie wiedziałam już, co i jak powinnam zrobić. Starałam się jak mogłam ale wiecie jak jest: mąż pogania „co tak długo się pieścisz z tym kawałkiem?”, obornika brakuje – dużo tzw.: „obiektywnych trudności”. W efekcie jedną rabatę miesiąc temu odkopywałam i wywoziłam gruz, który tam leżał na głębokości 40 cm (a który przegapiłam, kiedy przy zakładaniu rabaty w pośpiechu przekopałam ją zbyt płytko), a z drugiej rabaty mam ochotę wykopać wszystko, co na niej rośnie, wywieźć połowę ziemi, nawieźć obornika/kompostu/kory (bo ją robiłam na samym końcu i mi tych dobroci po prostu zabrakło) i posadzić wszystko z powrotem. Różnica pomiędzy tą rabatą a sąsiednią, którą pokazywałam w poprzednim poście, jest dramatyczna.

Po co zawracać sobie głowę szukaniem obornika i kompostu, skoro można po prostu zamówić i wysypać warstwę dobrej ziemi?

Odwrócę pytanie: po co ryzykować kupowanie ziemi niewiadomej jakości, skoro w tej samej cenie (pisałam Wam, po ile ostatnio kupowałam kompost, prawda?) możemy mieć piękną próchnicę, która jest o wiele bardziej niezbędna każdej glebie?

No dobra. Lepiej zacznijmy od początku: w większości przypadków, po wybudowaniu nowego domu trzeba nawieźć dodatkową warstwę ziemi, żeby wyrównać poziom. I w większości przypadków rozsypuje się tylko tą nową ziemię po wierzchu, zupełnie jej nie przekopując z ziemią macierzystą. Bardzo ładnie wygląda taka nawierzchnia ładnej, ciemnej ziemi, gotowej do siewu. Co może być złego w takim rozwiązaniu? No cóż, po pierwsze jest duże ryzyko, że

dostaniemy kiepską ziemię

Serio. Nie dajcie się nabrać na gadkę „Sam czarnoziem będzie, psze pani!”. Czarnoziemy w Polsce stanowią ok. 3% wszystkich gleb w Polsce – jeśli ktoś ma szczęście mieć taką na swojej działce, to na pewno jej nie sprzeda. Najlepsze, na co możecie liczyć, to zwykła ziemia z pola. Jeśli macie pecha, to trafi Wam się jakaś ziemia z wykopów (warstwa podorna, bez próchnicy i życia biologicznego – nie nadaje się) trochę podrasowana torfem (też się nie nadaje). Czyli – zamiast sobie polepszyć, to sobie pogorszycie. Ale powiedzmy, że trafiła Wam się dobra ziemia. Najgorsze, co teraz możecie zrobić, to

rozplantować ziemię po wierzchu, bez wymieszania jej z ziemią macierzystą

W ten sposób tworzycie w ziemi dwie odrębne warstwy, zaburzając jej właściwości kapilarne. Mówiąc prościej – gleba nie może pobierać wody z głębszych warstw. Oczywiście: bez histerii. Gleba odbuduje sobie te połączenia ale trochę czasu jej to zajmie, a tymczasem świeżo posadzone rośliny mają nieco trudniej niż by mogły mieć.  Nie buduje się stabilne środowisko, w którym rośliny mogą się swobodnie korzenić. A jeśli pierwotnie mieliście na działce nieprzepuszczalną glinę …. Wyobraźcie sobie, że macie płytką kuwetę wypełnioną ziemią – bez dziury na odpływ wody. I nalewacie do tej kuwety wodę. I ta woda tak sobie stoi i stoi w tej kuwecie póki nie wyparuje. Uważacie, że to są dobre warunki dla roślin? To samo będziecie mieli na działce po każdym większym deszczu. Za to jeśli przekopiecie tą glinę głęboko, wymieszacie choćby z tą polną ziemią, to ziemia będzie w stanie wchłonąć tą wodę, skumulować ją w głębszych warstwach i potem – właśnie dzięki zjawiskom kapilarnym – podciągnąć bliżej powierzchni, gdzie mogą jej dosięgnąć korzenie.

Jeżeli mi nie wierzycie (nie dziwię się) lub jeśli pewne rzeczy tłumaczę niejasno, to możecie sięgnąć do źródeł dla rolników, które dostarczają fachowej wiedzy (w magazynach ogrodniczych – nie mam pojęcia czemu – takich tematów w ogóle się nie porusza). Np.: tutaj tłumaczą szczegółowo o problemach z utrzymaniem wody w glebie. Zignorujcie to, co piszą o sposobach orki czy rodzajach upraw, a wyłuskajcie fragmenty o wadze warstwy próchniczej w glebie i skutkach nieprawidłowej (zbyt gęstej) struktury gleby.

Uff. Napracowałam się przy tych dwóch tekstach ale temat chyba wyczerpałam. Jeśli uważacie, że te teksty są wartościowe to mam prośbę – udostępnijcie je na facebooku. Ogrodnictwem interesuję się już od wielu lat, a o tym wszystkim co tu napisałam dowiedziałam się naprawdę niedawno – dzięki Toszce oczywiście.Nie jest to temat popularny i mało kto czuje potrzebę jego zgłębiania  – dopóki nie jest za późno. Wspólnie możemy temu zaradzić:D.

7 myśli na “Jeszcze trochę o przygotowaniu ziemi pod ogród”

  1. Dodałabym dwie sprawy:
    Jeśli wsypiemy dobrą ziemię tylko w dołek, jak na lewym rysunku, korzenie mogą wcale nie rozrosnąć się na boki, do ziemi jałowej, poza dołek – napotykając za dołkiem piaseczek lub glinę lub gruz, pozostaną w dołku, czyli bryła korzeniowa nie będzie się prawidłowo rozrastać. To nie przysłuży się temu, co widzimy na wierzchu.
    Po drugie – stosując metodę dołka, a nie poprawiania całości, narażamy się na problemy w przyszłości – rośliny wymieniamy, dodajemy między nimi inne, wtykamy cebulki… I co, wtedy wymieniać ziemię jałową spomiędzy, balansując wśród roślin z łopatą i wiadrem? Da się, wypraktykowałam u siebie, bo sama wybrałam na początku taką metodę i uwierzcie, pluję sobie w brodę! Po co więc sobie i roślinom utrudniać życie na przyszłość, skoro można ułatwić?

  2. Witam. Bardzo sie ciesze, ze (zupelnym przypadkiem) trafilam na Twojego bloga. A ostatnie wpisy o przygotowaniu ziemi trafily w punkt, bo wlasnie sie przymierzam do zalozenia ogrodka. Bedzie on bardzo maly (ok 4x8m), wiec chcialabym z niego „wycisnac” jak najwiecej. No i teraz mam pytanie – planuje rabatki z krzewami i kwiatami dookola tarasu. Na jaka glebokosc powinnam zaplanowac warstwe „dobroci”? Dom byl wybudowany przez dewelopera 20 lat temu i obecny „ogrodek” to trawa z rolki rozlozona bezposrednio na mieszance starej, ubogiej gleby i gruzu :-(

    1. Cześć Magda, bardzo się cieszę, że do mnie zawitałaś:D
      Samych dobroci tak naprawdę nie trzeba przekopywać bardzo głęboko – na głębokość szpadla w zupełności wystarczy. Składniki pokarmowe będą i tak wymywane razem z deszczem wgłąb ziemi (na piaskach – szybciej, na glinie – wolniej), a mikroorganizmy głębiej i tak by nie przeżyły. Problemem jest jednak ten gruz, który zalega w ziemi i trzeba go wykopać. Jak zaczniesz go wykopywać, to siłą rzeczy – przekopiesz całość dość głęboko.
      Jeśli Cię to pocieszy – miesiąc temu wykopywałam gruz z jednej rabaty, a tydzień temu – resztki fundamentów z drugiej.
      Jeśli nie dasz rady przekopać w ten sposób całości to przynajmniej zrób głębokie dołki pod krzewy i drzewko.

  3. Cześć,
    bardzo fajny i rzeczowy artykuł :)) Brawo!
    Jedyne co mnie boli i jest mi bardzo przykro, że bardzo stygmatyzujesz naszą grupę ogrodników i wykonawców ogrodów (bo przecież tytułujesz się ogrodnikiem). Jeśli nie zakładasz ogrodów komercyjnie to pewnie nie spotkałaś się i nie masz wiedzy jak wygląda sprawa…. Jak dla mnie prawda leży na pewno po środku ;) A jeśli nie wiadomo o co chodzi to wiadomo…. o pieniądze!!! :(((
    Wielokrotnie miałam sytuacje, że ziemia na działce była tak fatalna, że konieczna była jej uprawa. Tylko problemem są zawsze finanse i jest to bariera nie do przeskoczenia. Sama wiesz ile prac trzeba wykonać, ile materiałów, ile warstw pomieszać, ile łączenia, ile pracy ludzi, ile pracy maszyn itd… To są KOSZTY niewyobrażalne dla inwestorów. Wielokrotnie argumentowałam, że za parę lat będą rośliny chorowały, słabiej rosły itp. nie znajdowało tutaj zrozumienia. Kiedyś, w trakcie kopania dołów w glinie nie dawała rady nawet koparka się przebić. Jeden dół pod doniczkę c5-c7 kopało się z 15-20min. Zalecaliśmy inwestorowi, że koniecznie trzeba robić mega duże i głębokie doły, i najlepiej z drenażem, to efekt był taki, że z bólem zapłacili, ale nie wykonaliśmy dalej ogrodu :((… Miałam również sytuacje, że musiałam zrezygnować z wykonawstwa właśnie ze względu, że inwestor przejmował kontrolę i szukał najtańszych rozwiązań (w tym właśnie ziemi), pod którymi nie chciałam się podpisywać.
    Drugi problem to przekonania „co? ile? tyle kasy na ogródek? na ziemię? na rośliny?..” Niestety są również tacy ludzie, którzy za nic w świecie nie wydadzą pieniędzy na ogród więcej niż ustawa przewiduje ;) nie bo nie i koniec :(( I w takiej sytuacji też nie masz pola manewru. Robisz co możesz w ramach budżetu jaki masz. I tylko od czyjeś dobrej woli i uczciwości zależy jak podejdzie do tematu, żeby zrobić chociaż totalne minimum ;))
    A jeśli ktoś powie, „tak, tak zawsze jest jakieś rozwiązanie i da się zrobić…” to chętnie porozmawiam i posłucham ;)) i jeśli da radę to wdrożę pomysły ;)) Bo prowadząc firmę ogrodniczą nie należy zapominać, że pracujemy przez 9 miesięcy, a żyć musimy przez 12, że trzeba utrzymać ludzi, zapłacić ZUSY, że są sprzęty które trzeba kupić, że są przestoje jak pada i wiele innych rzeczy. I nie da się pewnych rzeczy robić po kosztach lub za darmo ;)
    Oczywiście nie przeczę, że jest i druga strona medalu, czyli firmy, które odwalają manianę licząc na szybki zarobek i szybki „temacik”. No cóż, tego nie będę komentować, bo tak jest w każdej branży. Trzeba mieć się na baczności i nie dać się zwieźć niskiej cenie.
    Niestety tak wygląda rzeczywistość i bardzo bym cię prosiła o zrozumienie tematu i nie biczowanie całej naszej, rozwijającej się branży, tylko edukację ludzi :))
    Ale i tak robisz dobrą robotę :)) Trzymam kciuki!!!

    1. Kasiu, bardzo Ci dziękuję za ten komentarz i jednocześnie przepraszam, że przeze mnie źle się poczułaś. Pisząc tego posta zdawałam sobie sprawę, że uogólniając, popełniam pewne nadużycie. Obawiam się zresztą, że nie tylko w tym przypadku.
      Sama co prawda nie mam doświadczenia w zakładaniu ogrodu dla kogoś, ale czytałam niejednokrotnie o problemie z przekonywaniem inwestorów do różnych rozwiązań – architekci wnętrz też często na to narzekają:). Rozumiem więc sytuacje, kiedy projektant próbował, ale nie pokonał „oporu materii”:D. Najgorzej jednak, że w branży jest mnóstwo „wykonawców ogrodów”, bez żadnego przygotowania ani ogrodniczego ani projektowego, którzy nawet nie wiedzą, że można inaczej i robią złą reklamę całej branży. Przez nich dostaje się i tym porządnym:D.
      Co ciekawe, mam wrażenie, że dużo łatwiej jest przekonać ludzi na forum, żeby wydawali kasę na kompost i obornik, i spędzali całe dnie na skrupulatnym przekopywaniu ziemi, niż firmie ogrodniczej przekonać klienta do zapłacenia za tą całą robotę:D.
      W każdym razie – mam nadzieję, że mimo problemów wywołanych koronawirusem dobrze sobie radzicie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *