Dystans społeczny czyli w jakich odległościach sadzić rośliny

  • Joanna 
jak sadzić rośliny

Zaczęliście już sadzenie w swoich ogrodach? Pewnie nie, bo szkółki dopiero zaczynają sprzedaż ale planowanie idzie na pełną parą naprzód i natknęłam się na pewien problem. Teoretycznie bardzo prosty, w praktyce bardzo trudny: w jakich odległościach od siebie sadzić rośliny? Tak naprawdę, to moje rzeczywiste pytanie i prawdziwy problem brzmi inaczej, ale zaraz do niego dojdziemy.  Zacznijmy od początku.

Sadzenie w teorii

Ogólna zasada jest bardzo prosta: sadzisz rośliny w takiej odległości, jaką one docelowo osiągną. Przykładowo, jak chcesz posadzić dwa jaśminowce Aureus, które osiągają 2m szerokości, to sadzisz je w odległości 2m od siebie, licząc „od środka do środka”. Jak masz jednego jaśminowca i jedną tawułę japońską o szerokości  80 cm, to sadzisz je w odległości 1,4 m. Na rysunku łatwiej to zobaczyć:

odległości między roślinami
odległości między roślinami

Niestety, na tym prostota się kończy a lista kłopotów i dylematów zaczyna.

Sadzenie w praktyce

Po pierwsze: nieprawdą jest, że należy sadzić rośliny dokładnie obok siebie

Tak naprawdę, dużo ładniej wyglądają, kiedy lekko na siebie nachodzą – tworzą wtedy naturalnie wyglądającą grupę. Jak bardzo powinny na siebie nachodzić? Tego Wam nikt nie powie, bo to zależy od kilku czynników. Jak macie rośliny o ładnym pokroju, takie jak kalina japońska albo berberys Green Carpet, to nie należy ich upychać. Ale jeżeli zależy Wam na szczelnej osłonie, albo sadzicie derenie, które mają kolorowe gałęzie zimą i chcecie ten kolor podkreślić – wtedy warto te rośliny zagęścić.

odległości między roślinami

Po drugie: tak naprawdę, to nigdy nie wiadomo, jakie rozmiary rośliny osiągną w Waszym ogrodzie

Pamiętacie ogrody Ani i Izy, o których kiedyś pisałam? Ania ma działkę wilgotną i gliniastą. Potencjalnie, po wzbogaceniu próchnicą, powinna być bardzo żyzna. Iza z kolei ma działkę na piasku żółtym niczym nadmorska plaża. Teoretycznie rośliny u Ani powinny być nadzwyczaj dorodne, a u Izy – bardzo marne i skromne. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie, a to z powodu wysokiego poziomu wód gruntowych u Ani. Jak tylko rośliny korzeniami dostaną się do lustra wody – natychmiast przestają rosnąć. I nic na to nie można poradzić. Albo weźmy np.: rododendrony. Byliście kiedyś w okolicach Szklarskiej Poręby? Widzieliście, jakie ogromne rodki tam rosną? Widziałam potężne krzewy rosnące w parku, gdzie z pewnością nikt ich nie podlewa ani nie zakwasza im ziemi. W mazowieckim, gdzie ogólnie klimat jest bardziej suchy  i upalny, mamy szczęście jeśli w ogóle chcą nam rosnąć. Dlatego przy określaniu odstępów trzeba na to wziąć poprawkę i nie sugerować się zbytnio wielkościami podanymi na etykiecie.

Po trzecie: pierwszy rysunek sugeruje, że rośliny należy zawsze sadzić jedna przy drugiej

Jest to oczywiście jest wierutną bzdurą, bo równie często należy je sadzić jedna POD drugą. Np.: krzewy pod drzewami, byliny pod krzewami, a rośliny cebulowe pod tym wszystkim. To jest sposób sadzenia polecany przez naturalistów, pozwalający uniknąć inwazji chwastów i zwiększający bioróżnorodność.

Widzicie, że hakonechloa (na żółta trawa w rogu) rośnie pod hostą, a nie obok niej? A hosta rośnie pod paprocią? Dzięki temu ogród robi wrażenie bujnego a chwasty nie mają gdzie się wysiać.

A tutaj z kolei widać jak gęsto posadzone są byliny pod krzewami – też nie ma ani kawałka wolnej ziemi, na której mogłyby się rozgościć chwasty.

Na koniec: najczęstsze błędy popełniane przy sadzeniu roślin

No i teraz powiedzcie sami – czy można się dziwić, że  nawet doświadczeni ogrodnicy mają problem z posadzeniem roślin we właściwych odległościach? Chyba  nie  bardzo. A jakie błędy najczęściej się spotyka? Z tego co widzę, wszyscy mamy (tak, ja również) tendencję do sadzenia bylin i traw zbyt daleko od siebie, a drzew i krzewów – zbyt blisko.

Mało kto wychodzi do ogrodu z miarką, a ocenianie odległości „na oko” w dużych przestrzeniach jest bardzo trudne. Wsadzając do ziemi niewielkiego badylka niełatwo sobie wyobrazić, że za jakiś czas (i to nie tak bardzo odległy jak nam się wydaje) urośnie on do szerokości naszego salonu.

Z kolei przy bylinach podejrzewam działanie innego mechanizmu: pojedyncze sadzonki niby nie są drogie ale kupmy kilka sztuk a rachunek od razu zaczyna się robić trzycyfrowy. I co? To wszystko ma nam starczyć na obsadzenie maleńkiego skrawka terenu? Tyle co pod nogami? Zatem ze względów ekonomicznych podświadomie zaczynamy rozciągać te kilka sztuk na jak największą powierzchnię. I zostajemy z wielką połacią ziemi, na której z rzadka są porozrzucane smętnie wyglądające kwiatki. Na szczęście, ten błąd z łatwością naprawimy. Większość bylin dość łatwo się rozmnaża (czy to przez podział, czy przez sadzonki, czy przez nasiona) a ich przesadzanie nie stanowi większego problemu. A co z dużymi drzewami i krzewami? Takimi, których raczej nie przesuniemy? Trzeba wtedy albo trzymać rośliny w ryzach regularnym cięciem albo część roślin usunąć całkowicie. I ta opcja jest psychologicznie najtrudniejsza, bo trzeba to zrobić na tyle wcześnie, żeby ściśnięte drzewa nie zdążyły zdeformować sobie wzajemnie koron. Raczej nie należy liczyć na to, że przechylone lub zniekształcone drzewo wróci do właściwego sobie kształtu.

A teraz dochodzimy do właściwego pytania:

Załóżmy, że udało nam się ominąć wszystkie wymienione wyżej pułapki. Posadziliśmy wszystkie drzewa idealnie. Oczywiście, przekonamy się o tym dopiero za kilka lat ale to tak na marginesie. Na razie wszystko rośnie. A my mamy ogromne pole pustej przestrzeni, która dopiero w przyszłości się zazieleni. I moje pytanie brzmi:  

Jak sobie radzicie z tą pustynią w pierwszych latach po założeniu ogrodu?

Jeśli zakładamy ogród zgodnie ze sztuką, to powinniśmy wytyczyć rabaty, przekopać i przygotować na nich ziemię i wsadzić rośliny zgodnie z planem. A potem czekać cierpliwie. Co oznacza, że mamy taką sytuację (to projekt rabaty, który ostatnio robiłam):

odległości między roślinami

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie okazało się to psychologicznie trudne do zniesienia. U siebie w ogródku miałam niewielką rabatę z azaliami i rododendronem, które posadziłam tak, jak należało. Dwa lata „podziwiałam” leżącą korę i w końcu nie zdzierżyłam: zrobiłam rewolucję, zmniejszyłam liczbę krzewów, a dosadziłam mnóstwo bylin (głównie z podziału z innych części ogrodu). I wreszcie odetchnęłam. Pewnie za dwa lata będę rozsadzać i ograniczać te byliny ale z tym jestem w stanie się pogodzić. Natomiast nie zawsze ten sposób da się zastosować – w dużych ogrodach człowiek by zbankrutował na samych sadzonkach. Co byście zrobili w takiej sytuacji?

rabata maj 2019
rabata dwa lata po pierwszym sadzeniu - żarówiaste azalie po prostu "cudownie" wyglądająw tym morzu kory
moja rabata maj 2020
rabata bezpośrednio po rewolucji, ze świeżutkimi nasadzeniami - maj 2020
rabata wrzesień 2020
rabata cztery miesiące (!) po rewolucji - wrzesień 2020 (dodam, że rośliny bardzo dobrze zniosły zimę - nawet miodunka

Sadzilibyście rośliny-wypełniacze?

To jest rozwiązanie, które jako pierwsze mi przychodzi do głowy: pomiędzy właściwymi drzewami posadzić na rabatach jakieś tanie i szybko rosnące krzewy (typu tawuły, berberysy, jaśminowce, bzy czarne), z założeniem, że za parę lat pójdą do wycinki? Wydaje się to dość rozrzutne. Christopher Lloyd uważa(ł), że to pomysł, który się sprawdza tylko na papierze. Może jednak sadzić te byliny? Z nasion nie wyszłyby tak strasznie drogo? 

Zainwestowalibyście w kilka naprawdę dużych egzemplarzy?

Zdaje się, że ten sposób stosują projektanci zieleni, żeby w momencie zakończenia pracy klient był zadowolony z efektu. Właśnie dlatego założenie ogrodu przez firmę kosztuje dziesiątki tysięcy złotych. Opcja zdecydowanie nie dla mnie.

Posadzilibyście w trawniku tylko te największe rośliny, a rabatę pod nimi dorobili dopiero jak urosną?

To jest chyba dość często spotykane rozwiązanie: sadzi się drzewa i krzewy w trawniku, w miarę ich wzrostu zdejmując kolejne fragmenty darni, aż do czasu kiedy można zrobić normalną rabatę. Nie lubię tej metody, bo utrudnia porządne przygotowanie gleby. Ale przynajmniej nie trzeba pielić.

Kłopot ze wszystkimi tymi metodami jest taki, że wymagają one ogromnej konsekwencji. Trzeba nieustająco pamiętać, jaki ma być ostateczny efekt i co roku wprowadzać poprawki, które nas do niego przybliżają. Bardzo wyczerpujące i pracochłonne. Bo większość z nas po założeniu ogrodu chciałaby już odpocząć od ciężkich i trudnych robót. Mamy też skłonność do zapominania, co było naszym celem i nasz pierwotny plan zaczyna się rozłazić w szwach.  

Zatem: która metoda u Was się sprawdziła i którą byście polecali innym?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *